Nie ma szarości! Jest tylko białe i czarne!
wtorek, 21 lutego 2017
Dom Wczasowy Na Szczycie w Zębie

dzień trzeci 06-02-2017 

Rano jeszcze w Montenero jemy śniadanie. Dzisiaj góry nieco się odsłoniły. Tak siadamy w jadalni, żeby mieć dobry widok na Tatry. Z pokoju robię także kilka fotek. Na spokojnie się pakujemy i opuszczamy SPA Montenero (nigdy tu więcej nie przyjedziemy i nie polecamy nikomu). Kierujemy się na Łysą Polanę, żeby w Ośrodku Harcerskim na Głodówce zaparkować na chwilę i popatrzeć na przepiękną panoramę Tatr. Chmury jeszcze trochę się podnoszą do góry i można co nieco zobaczyć. Obchodzimy ośrodek dookoła i przypominają mi się dawne chwile z Harcerstwa, kiedy właśnie na Głodówkę przyjeżdżałem na narady, seminaria i spotkania. Pierwszy raz byłem tutaj jesienią 1977 roku, czyli prawie 40 lat temu. To było seminarium drużynowych mistrzowskich drużyn zuchowych Chorągwi Łódzkiej ZHP. Kierownikiem Wydziału Zuchów w KChŁ był wówczas hm. Mirosław Kokoszko. Kilkudniowy pobyt w ośrodku bardzo mi się wtedy podobał. Byłem tam później wielokrotnie i za każdym razem chciałem przyjechać ponownie. Tym razem wspólnie z Myszką. Poszliśmy na krótki spacer w stronę Łysej Polany, ale nie za daleko bo mróz spory i zimno. Z Głodówki przejeżdżamy do Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie na obiad zaprasza nas Magda Gessler. Jest tam firmowane przez nią "Schronisko Smaków" - lokal prosty, krótkie menu, "otwarta" kuchnia i wyborne jedzenie. Smakowite są też dodatki. Mysz zamawia herbatę góralską z konfiturą z pomarańczy i wiśniówką. Zarówno wiśniówka bardzo smaczna, jak i konfitura pychotna. Nie jesteśmy specjalnie głodni więc pomijamy zupy. Mysz zamawia stek z polędwicy wołowej do samodzielnego wysmażenia na gorącym kamieniu i do tego kaszę pęczak z leśnymi grzybami. Ja proszę o schab z kością z pieca, karmelizowaną szalotką i marynowaną gruszką. Jedzenie świeżutkie i bardzo smaczne. Można podglądać jak kucharze pracują przy czarowaniu swych potraw. Z kuchni dobiegają jakieś obcojęzyczne zdania. Kelnerka zapytana skąd te teksty, odpowiada że są kucharze zagraniczni (nawet z dalekiej Hiszpanii). Wszystko po to, by kuchnia mogła wygenerować najlepsze dania. Oceniamy je naprawdę wysoko. Żegnamy się ze Schroniskiem Smaków nie wiedząc, że już pojutrze przyjedziemy tutaj ponownie. Wsiadamy w autko i przez Poronin jedziemy do Zębu. Im dalej od Poronina tym wyżej, cały czas jedziemy pod górę. Im wyżej tym chłodniej. Miedzy Poroninem a Zębem różnica temperatury wyniesie -6°C. W naszym nowym miejscu jesteśmy nieco wcześniej niż można, ale uprzejma Pani Właścicielka nie widzi żadnego problemu żeby nas od razu zakwaterować. Dostajemy pokój na drugim piętrze, bez balkonu i bez Tatr za oknem (mamy pokój po przeciwnej stronie), ale nie ma to i tak żadnego znaczenia bo przez wszystkie trzy doby będzie strasznie gęsta mgła i silny mróz. Jak to później powiem: "Mgła tak gęsta, że radary przestawały się kręcić, a mróz tak silny, że nocą termometr pukał w szybę za oknem, żeby go wpuścić do pokoju". Kilka słów o Domu Na Szczycie: obiekt nowy, nowoczesny, czysto, pachnąco. Na każdym piętrze szeroki, dobrze wyposażony aneks kuchenny z jadalnią, telewizorem i wieloma sprzętami AGD. Nie jesteśmy głodni. Zjadamy kanapki. Do tego piwo i telewizornia. Jest bosko. Acha! Łazienka czyściutka i nowoczesna, z natryskiem, sedesem i umywalką. Czujemy się komfortowo.

dzień czwarty 07-02-2017 

Pobudka o ósmej z minutami. Śniadanko od 9:00. Szwedzki stół, a na nim cieniutko pokrojone wędliny, sery, pomidory, ogórki, kilka rodzajów pieczywa pszennego i żytniego, kiełbaski zapiekane z serem na gorąco, kawa, herbata, mleko. Stały nadzór Szefowej - gdy tylko coś zaczyna się kończyć na talerzu natychmiast donosi pełny kolejny. Do tego wszystkiego jogurty smakowe i owoce: kiwi, mandarynki i banany. Zjadamy obfity posiłek, po czym spinamy troki i ubrani na trudne warunki zimowe wyruszamy pieszo trasą na Gubałówkę 1123 m. npm. Z bazy do górnej stacji kolei linowej mamy 3km z haczykiem. Maszerujemy dziarsko. Mróz. Wszystko w szadzi. Gór nie widać, ale za to drzewa, płoty, domy, znaki wyglądają jak w bajce. Widoczność w ogóle jest słaba. Myślę, żeby gdzieś nie przeoczyć Myszy. Dochodzimy do stacji kolei linowej na Gubałówce. Nabywam dwa bilety tam i z powrotem (2 x 23 zł) i wsiadamy do wagoniku. Chwilę później jesteśmy już w Zakopanym, a po kolejnej drepczemy po Krupówkach. W czasie przygotowań do operacji AN50 podglądałem Krupówki z kamer internetowych. Przechodzi mi teraz przez myśl, żeby dotrzeć tego miejsca, na które patrzy kamera wysyłająca obraz do Internetu, by się zobaczyć w niej i zrobić screen shota na smartfonie. Udaje nam się dotrzeć do niego, ale Mysz się rozzłoszcza, że to żadna atrakcja. Dodatkowo zmarzły nam stopy, nogi i dłonie. Udajemy się do Harnasiowej Chaty na grzańca. Siadamy przy rozpalonym kominku i wkrótce robi nam się cieplutko. Gdy już dusza nasycona alkoholem a stopy nieco odtajały wyruszamy dalej. Łażenia sporo, ale żeby było jakoś rewelacyjnie powiedzieć nie można. Odwiedzamy Obrochtówkę, gdzie Mysz zamawia kwaśnicę a ja żur z jajkiem. Wracamy na Krupówki, po krótkim marszu fundujemy sobie rurki z bitą śmietaną, ale są bardzo oszukane - w większej części bez nadzienia... Zwiedzamy pasaż handlowy Fashion Street Krupówki 29 i nieco głodni zaglądamy do Gospody Podkowa. Siedzimy ze 20 minut po zamówieniu piwa i nikt do nas nie podchodzi z obsługi :(  Rezygnujemy z zamówienia posiłku, a google podpowiadają nam, żeby odwiedzić Owczarnię. Mysz zamawia jakąś baraninę, ale jest niesmaczna. Ja biorę schabowego z zapieczonym serem żółtym - nawet zjadliwe.  Wieczorem mróz tężeje, wzmaga się mgła, wszystko jeszcze bardziej pokrywa się szadzią. Bajka!! Wjeżdżamy kolejką linową na Gubałówkę i czekamy na zielony autobus komunikacji miejskiej, który dowozi nas do bazy. w Zębie. W ciepłym przytulnym pokoju popijamy piwo i oglądamy telewizję.

dzień piąty 08-02-2017 

W nocy było minus 20°C. Termometr, który był za oknem puka w szybę, żeby go wpuścić do pokoju, bo zamarzł całkowicie. Mgła tak gęsta, że radary przestają się obracać. Szadź - po kilkaset kilogramów na wszystkim. Wyglądamy przez okno, ale za szybą nic nie ma - bezgraniczna biel i rozlane zamarznięte mleko. Powolutku więc, dając czas dniu na ocieplenie klimatu, szykujemy się do śniadanka. Dziś Dom Wczasowy "na Szczycie" serwuje naleśniki z serem, które są wyśmienite - takich jeszcze nie jadłem, są tak dobre, jak te które smaży Mysz. Do tego wszystkiego innego jadła w nieograniczonych ilościach i wyborze. Dobra kawa z mlekiem. Biesiadujemy przy tym śniadaniu długo. Kolejnym etapem operacji AN50 jest marsz w góry. Już wcześniej zdecydowaliśmy o dotarciu z Jaszczurówki do Polany Olczyskiej [zielonym szlakiem ca. 50 minut]. Do Jaszczurówki przejeżdżamy Fasolą, którą zostawiamy na parkingu przed Kaplicą NSPJ. Tego dnia nie ma poboru opłat za wstęp do TPN - budka zamknięta na 3 spusty. Maszerujemy dzielnie aż do celu, który sobie wyznaczyliśmy. Szlak silnie zaśnieżony, miejscami oblodzony. Woda w strumyku płynie wartko, znikając w kilku miejscach pod lodem. Temperatura minus 7°C. Cykamy kilkadziesiąt fotek. Przeuroczo ośnieżone drzewa. Wracamy do samochodu schłodzeni z lekka. Mysz nawet bardziej. Na obiadek jedziemy ponownie do Bukowiny Tatrzańskiej do Schroniska Smaków Magdy Gessler. Mysz zamawia polędwiczki wieprzowe a ja pierśkę z kurczaka - przepyszne. Obok ronda w Bukowinie na straganie u górala kupujemy sery kozie i inne produkty mleczne, w tym sznurówki. To dla A-Teamu, który spodziewa się już jutro naszego powrotu.

dzień szósty 09-02-2017 

Dziś odjeżdżamy. Wiatr rozwiał mgłę troszkę. Wreszcie trochę odsłoniły się Tatry.

Giewont 09-02-2017

/kliknij zdjęcie przy przejść do galerii AN50/

Wracamy do domu. Korków nie ma. Jedzie się bardzo dobrze. AN50 zakończona - jesteśmy bardzo szczęśliwi.

10:07, xylonyt , AN50
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 lutego 2017
Montenero Resort & SPA

dzień pierwszy 04-02-2017 

Rano w domowych pieleszach jemy śniadanie, wszystko spakowane już wczoraj, Fasola zatankowana. Jeszcze tylko zniosę jaśki, kosmetyczkę i awaryjny zapas żywności i możemy odjeżdżać. Koniec końców wyruszamy o dziewiątej z minutami. Pogoda nie nastraja dodatnio. Jest mróz i lekka mgła. Spokojnie jedziemy A1, potem Gierkówką, przed Częstochową kopidoły zajęły jedną jezdnię więc jest korek na kilka kilometrów. Mijamy Częstochowę. Mieliśmy tu coś konsumować, ale jeszcze głód nie dopadł nas należycie. Zatrzymujemy się dopiero w McDonaldsie w Olkuszu. Mysz bierze rybę w zestawie, a ja nuggetsy z colą i frytkami, które są masakrycznie słone. Po tej przerwie jedziemy dalej w kierunku Krakowa, tu na A4 i do Zakopianki. Nawigacja każe nam jednak zjechać wcześniej, a na CB Radiu słyszymy, że na zjeździe na Zakopiankę jest jakiś potężny korek. Od tej pory jedziemy już cały czas drogami bocznymi, równoległymi do trasy na Zakopane. W końcu ok. 16:00 dojeżdżamy do pierwszej bazy - Montenero Resort & SPA w Czarnej Górze. Mamy tu najpiękniejszy pokój z widokiem na Tatry. Samych Tatr za bardzo nie widać, bo zasłania je mgła. (Mgła towarzyszyć nam będzie przez całą eskapadę!).

Montenero widok z okna

Rozkulbaczamy się i pomalutku docierają do nas wiadomości, że miało być tak pięknie, ale niestety nie uda się. Pierwsze rozczarowanie: Jacuzzi nie będzie bo jest awaria [pompy]. No to fajne SPA jak nie działa hydromasaż. Mieliśmy mieć całe SPA na godzinę na wyłączność. Rezygnujemy więc, żądając zwrotu kasy. Drugi niuans: miały być róże w pokoju [planowałem wręczyć żonie z okazji jej święta], ale dostarczono nam tulipany - bo jak recepcjonistka powiedziała: "Szefowej się podobały bardziej". Trochę mnie to wnerwia, ale trudno - sytuacja wymaga spokoju. Trzecie zdarzenie: zamówiłem wino czerwone półsłodkie, a dostarczono wytrawne (będzie do wołowiny, jak wrócimy do Łodzi). Na szczęście przewidziałem taki scenariusz i zabrałem z domu czerwone słodkie Pellegrino. Czwarta porażka: kolacja, a dokładnie zaserwowane menu. Zupa krupnik na kostce rosołowej, bez smaku i bardzo cieniutka. Na drugie danie zraz wieprzowy z jakimś nadzieniem, stukrotnie podgrzewany (więc zewnętrzna warstwa stała się pancerną skorupą), zimne kluski rzucane i starta niedoprawiona niczym surowa kapusta czerwona. Deser: jakieś ciastko, z którego jadalny był tylko wierzch (jakaś taka pianka). Na stole do kolacji świecznik z trzema zwykłymi świecami oraz dwa kompoty w pucharkach szklanych (wypełnione tak 2/3 - wyglądały jakby ktoś z nich wcześniej już się napił). Wracamy do pokoju. Składam żonie życzenia i wręczam prezent z okazji jutrzejszych Urodzin. Jest szczęśliwa.

prezent Myszki

dzień drugi 05-02-2017 

Śniadanie od 8:30. Mając na uwadze wczorajsze złe doświadczenie z obiadokolacją biegniemy szybciutko do jadalni - nie wiadomo bowiem, czy na pewno dobrych rzeczy wystarczy dla wszystkich. Spora kolejka do szwedzkiego stołu, a na nim najtańsze produkty z marketu dyskontowego. Ser żółty i wędliny w grubych plastrach. Masło zamrożone - nie można nadziać na widelec i nie nadaje się do smarowania. Bułek tylko trochę i szybko się kończą. Mleko w dzbanku ma wzięcie do płatków śniadaniowych, więc wkrótce zabraknie go do kawy. Przezornie robię sobie dwie filiżanki. Później trzeba już o wszystko prosić: "Są może jeszcze bułeczki?" "Dostanę trochę mleka do kawy?" "Czy jest jeszcze wędlina?" "Można trochę szynki?" Po mojej prośbie o dołożenie bułek kelnerka przynosi trzy, z czego dwie bierze jakiś inny pensjonariusz. Ratuję się przedostatnią kromką chleba i biorę dwa pomarańcze. Po tym jakże dziwnym śniadaniu ubieramy się na "cebulkę" i idziemy na spacer. Temperatura znośna (tylko +2°C) i lekki wiatr. Maszerujemy trasą ciut ponad 2 km i wracamy do Montenero. Jesteśmy zgrzani jak fretki, ubraliśmy się jakby był tęgi mróz. Popołudniu masaż relaksacyjny - w sumie jedyna atrakcja pobytu w Resort & SPA. Sam obiekt nie ma masażystów, ani żadnych osób do obsługi gości w strefie spa. Zabiegi jakieś zdarzają się sporadycznie. Gdy konieczny jest masaż masażyści dojeżdżają na godzinę z Szaflar. Ot takie rozwiązanie... Kolacja dnia drugiego to kolejna porażka gastronomiczna obiektu Montenero. Zupa to chudziuteńki bezsmakowy rosół, na drugie danie kawałek obsmażonego kurczaka (chyba z rosołu), ziemniaki i marchewka z groszkiem [bardzo smaczna - chyba jako jedyna nadająca się do jedzenia z całego zaserwowanego menu]. Coś tam przekąsiliśmy i mając nadzieję na smakowity deser rozczarowujemy się po raz kolejny: miał być sernik na zimno, ale nie dało się tego w żaden sposób zjeść... zostawiamy obie porcje na stole i wychodzimy. Montenero ma bardzo dobre położenie - w odległości kilkudziesięciu kroków znajduje się wyciąg narciarski Koziniec. Wielu narciarzy mieszka więc w Montenero, żeby nie musieć jeździć samochodem do wyciągu. Zauważyliśmy z Myszą, że ludzie wracają ze stoku wsiadają w samochody i jadą do knajpy na obiad. To kolejne potwierdzenie, jak niesmacznie tu karmią.

13:32, xylonyt , AN50
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 stycznia 2017
AN50 czyli Podhale 2017

Pomalutku zbliżamy się do kolejnej xylonytowej eskapady. Roboczo nazwałem ją AN50. Wyjazd na 6 dni. Dwie bazy: Czarna Góra i Ząb k. Zakopanego. SPA, Głodówka, Zakopane, Białka Tatrzańska, Gubałówka, Jaszczurówka i Polana Olczyska. Lista rzeczy do zabrania gotowa. W najbliższą sobotę montuję CB Radio w Fasoli. Do wyjazdu już tylko 8 dni. Zleci szybciutko.

Giewont

15:40, xylonyt , AN50
Link Dodaj komentarz »
Archiwum