Nie ma szarości! Jest tylko białe i czarne!
środa, 26 lipca 2017
pożegnanie Baltusia część 3

Od pierwszego dnia, gdy Baltuś zamieszkał w Aligatorni, prowadziłem jego dziennik życiowy w internecie. Początkowo był to blog na blox'ie o adresie: http://baltazar23wielki.blox.pl/. Później dodatkowo publikowałem Jego zdjęcia na Flogu: http://malutex.flog.pl/. Skąd się wziął "Malutex"? Otóż Kot był tak malutki, że mieścił się na rozłożonej dłoni. Spojrzałem na niego i powiedziałem "taki malutki, taki malutex". Po sześciu latach zebrało się około 550 wpisów na blox'ie i blisko 1500 zdjęć na flogu. W tym czasie Baltuś miał licznych wielbicieli, fanów i istniał na wielu innych blogach w ulubionych czy też często odwiedzanych.

Dzięki dużej popularności Baltek był polecany przez Blox  >>>. Na przeprowadzonym przez Flog.pl konkursie fotograficznym pt. KOTY MAŁE I DUŻE Baltazar XXIII Wielki zajął I miejsce >>> Zgłosiłem Go do konkursu "Kot Roku 2016" organizowanego przez Express Ilustrowany. Po długiej walce zajął ostatecznie X miejsce >>>.

Mile wspominam także różnego rodzaju pudła, pudełka, kartony, koszyki i skrzyneczki. To były jego ulubione gadżety. 

Baltazar XXIII Wielki

Zgodnie z zasadą: "Jeżeli w pomieszczeniu umieścimy kilkadziesiąt kartonów, to w którym będzie kot?" Prawidłowa odpowiedź: "W każdym!!!"

cdn.

14:34, xylonyt
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 lipca 2017
pożegnanie Baltusia część 2

Baltuś był pięknym liliowym Brytyjczykiem krótkowłosym. W tajemnicy przede mną do Bydgoszczy pojechała po niego Dziunia z Bennym. Wszyscy domownicy obawiali się, czy nie zacznę dociekać dlaczego nie ma Szerszenia na noc w garażu. Pierwszą noc w Łodzi spędził Mały u rodziców Bennego. To był 22 kwietnia 2011 roku. Następnego dnia rano ok. 6:00, gdy jeszcze spałem, postawiono mi to Maleństwo na klatce piersiowej. Dotknąłem delikatnie ręką i poczułem miłe kocie futerko. Zaraz potem cichy pisk (taki typowy dla małych kociaków). Od tamtej pory trwała Jego przygoda. Wspólne zabawy, pieszczoty, wyjazdy do lasu.

Las to był Jego świat. Bardzo lubił tam być. Martwiliśmy się o Niego bardzo, bo zbyt często i nader daleko oddalał się od domu, wychodząc nawet poza ogrodzenie. Pewnego razu przeszedł przez drogę i pod siatką ogrodzenia zagościł na sąsiedniej działce. Wołałem Go, prosiłem by wrócił - bez rezultatu :(  Musiałem przejść przez bramę, by Go złapać. Nie uciekał za specjalnie, więc wkrótce Go schwyciłem. Tylko jak teraz wrócić? Skoro w jednym ręku trzymam kota, to mam ograniczone możliwości przeskoczenia przez bramę. Włożyłem Go sobie za pazuchę i rozpocząłem wspinanie się na bramę. Udało się wejść, ale nie mogąc okręcić się na brzuch, żeby zeskoczyć, zastygłem tak na wierzchu bramy na dłuższą chwilę. Prawie bym spadł. Musiałem skakać z wysokości ponad 2 metrów. O!!! Wtedy byłem na Baltka zły. Oberwało mu się.

Nie za wiele Go to nauczyło. Przeszedł między sztachetkami do innego sąsiada, a tam dwa psy!!! Miał wiele razy mówione, żeby nie przechodzić na drugą stronę, bo psy kotów nie lubią, a ich Pan też za kotami przepada. I co? I nic. Poszedł i to daleko wkroczył na obce terytorium. Jeden pies Go zauważył, więc Baltek w nogi. Do płotu było jednak za daleko. Musiał ratować się wejściem na drzewo, gdzie spędził dobrą godzinę. W końcu małe łapki nie wytrzymały tak stać i stać w jednym niewygodnym przecież miejscu. Zdesperowany kot zeskoczył z drzewa i ruszył w stronę własnych włości. Psy za nim. Ja za płotem wydałem przeraźliwy okrzyk wojenny, co odstraszyło psy, więc Baltek mógł bezpiecznie wrócić. Znowu reprymenda i ochrzan. Przez jakiś czas był spokojniejszy.

Ja & Szczypior pojechaliśmy na naszą operację Bałtyk, a Baltuś z Pańcią i Boossem na działeczkę. Wkrótce powzięliśmy wiadomość, że Baltek próbował wskoczyć z dachu tarasu na parapet okna sypialni. Parapet jednak zbyt mały, więc się łapki z kotem nie zmieściły i skoczek zjechał po fasadzie budynku aż w pelargonie co w skrzyneczce pod oknem od kuchni rosły. Obił się bardzo i zdarł skórę na nosie. Płakał jak dziecko. Choć tego nie widziałem, to do dzisiaj smutek wielki ściska moje serce.

Przeżyliśmy wspólnie trzy poważne remonty. Remont salonu, poddasza i łazienki. Baltek dzielnie znosił trudy kurzu budowlanego. W czasie nakładania gładzi gipsowej musiałem Mu nawilżać nosek, bo miał strasznie zaschnięty i pokryty białym pyłem. Nie bał się łomotu usuwania ścian, skuwania kafelek i zrywania parkietu. Zamykaliśmy Go trochę w sypialni, żeby się futerko zbytnio nie ukurzyło, ale on i tak przychodził do nas i nadzorował wszelkie roboty. Lubiłem Go bardzo i tuliłem tą moją Śnupkę, a On odwzajemniał się głośnym mruczeniem.

cdn.

12:21, xylonyt
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 lipca 2017
pożegnanie Baltusia część 1

Nie potrafię zebrać myśli, by zacząć konstruktywnie działać. Wszystko przez wczorajsze odejście Baltazara. Pożegnałem go na zawsze razem z Ewelinką. Dostał zatoru aorty, co polega na tym, że tylna część kota staje się bezwładna, nie dopływa tam krew, nie istnieje możliwość poruszania tylnymi łapami. Kot w takim stanie odczuwa niesamowity ból. W przypadku Baltusia doszło jeszcze do poważnego obrzęku płuc - tak ciężkiego, że nawet nie mógł miauczeć, miał wielkie kłopoty z oddychaniem, strasznie sapał, ślina leciała z pyszczka, a języczek wysunięty maksymalnie, żeby złapać jak najwięcej powietrza. Widok przerażający. Serce się kraje normalnie. Żal przeogromny. No i ta niemoc. Chciałoby się pomóc, ale w obliczu śmierci jesteśmy wszyscy bezradni. Pojechaliśmy do kliniki weterynaryjnej na Rzgowską, ale tylko po to by Go uśpić - poddać eutanazji. Cały zabieg po to, by się nie męczył. Baltuś miał krótkie życie. Urodził się 02 marca 2011 roku w Bydgoszczy. Przeżył 6 lat, 4 miesiące i 10 dni.

Zawsze był pogodny, wesoły i bardzo towarzyski. Czekał na mnie, gdy wracałem z pracy. Wprawdzie nie do końca chodziło o mnie lecz o porcję kociego przysmaku (pasta słodowa nazywana przez nas roboczo kiślem), ale i tak sprawiało mi to jego zachowanie wielką radość. Kot robił wielki pałąk ze swojego grzbietu, pomiaukiwał znacząco i prowadził w stronę szafki, gdzie leżały przysmaki. Wyciskałem całą zawartość saszetki do białego talerzyka i stawiałem przed Nim. Od razu zaczynał konsumpcję. Po wylizaniu schrupał jeszcze parę chrupek i dostojnie przechodził do łazienki. Przed remontem - gdy była tam wanna, wskakiwał na jej róg i czekał aż odkręci mu się wodę z baterii umywalkowej. Wspinał się na brzeg umywalki przednimi łapami i chlipał wodę, aż się napił do syta. Po remoncie wskakiwał na szafkę z zainstalowaną umywalką, przechodził za umywalkę i czekał aż mu odkręciłem słabiutko wodę. Zaczynał tak prześmiesznie machać tym swoim jęzorkiem aż się napił w końcu. Zeskakiwał i szedł do pokoju na swój fotel lub do sypialni, żeby położyć się na łóżku. Gdy siadaliśmy wieczorem przed telewizorem przychodził do nas i kładł się na kanapie.

Na weekendy jeździliśmy do naszego lasu. Baltuś był zawsze pierwszy. No może parę razy chciał się zakamuflować, żeby nie jechać. To znaczy być w lesie jak najbardziej, ale jechać to nie. Trzeba Go było szukać i wyciągać z kryjówek. Na wsi po porannej przechadzce i obfitym śniadaniu zapadał w głęboki sen. Zwykle około 17:00 słychać było miarowe uderzanie łapek o stopnie schodów. To właśnie Baltazar rozpoczynał wieczorną egzystencję. Zjadł i wychodził na dwór. W porze jesiennej i wiosennej, kiedy to jeszcze nie jest tak bardzo ciepło, trzeba było Go wypuszczać przez drzwi balkonowe. Latem wychodził przez drzwi główne, rozchylając głową moskitierę. Szedł w rejon paleniska od wędzarni, siadał na skarpie i obserwował terytorium. Mógł tak spędzać długie kwadranse. Chodził też pod swoją tuję. Kładł się tam i drzemał. Kiedy już był czas powrotu otwierałem okno balkonowe, wołałem kici-kici i gwizdałem w charakterystyczny sposób. Rzadko, ale czasami wracał sam. Niejednokrotnie nie od razu tylko po jakimś czasie. Gdy go jednak nie było brałem latarkę ledową i wyruszałem do lasu szukać kota. W silnym snopie światła pojawiał się - do tak namierzonego mogłem spokojnie podejść i wziąć Go na ręce. Namierzony nie uciekał - wiedział, że czas wracać. Przytulał się. Wbijał przednie łapy w moje plecy za obojczykiem. Zaczynał mruczeć. Wracaliśmy razem do domu, zamykałem drzwi na zamek i szliśmy spać. Nocą spał w moich nogach - musiałem uważać, gdy chciałem się wyciągnąć, żeby Go nie zrzucić z łóżka. Często, gdy budziłem się rano, miły puch jego sierści miałem obok policzka. To było bardzo przyjemne. Zawsze, kiedy Go pogłaskałem w tych okolicznościach zaczynał mruczeć. Leżeliśmy tak sobie dopóki któryś z nas nie wstał pierwszy. Teraz, gdy spojrzę na latarkę jest mi bardzo smutno, rzecz nie potrzebna już do niczego. Nieprzydatna.

Podobnie jest z telefonami - na wszystkich wyświetlaczach fotka Baltusia. Te jego miodowo złote oczy patrzą na mnie takim wesołym ciepłym spojrzeniem, ale wiem że to już minęło. Nie ma Go. Nie przytulimy się. Wąsami też mnie nie pomyzia. Włączam komputer, a na pulpicie rozciągnięty Baltazar. Włączam Facebook i mam awatar z pyszczka Baltusia i zdjęcie w tle Baltuś. Liczne hasła do wielu aplikacji zaczynają się słowem Baltazar. Tak bardzo kochałem tego kota. Od pierwszego dnia. Był taki malutki. Dostałem Go w prezencie od żony na 23 rocznicę ślubu. Miał niecałe dwa miesiące. Mieścił się na mojej dłoni. Popiskiwał w tęsknocie za swoją kocią mamą. Choć był tak mały to niczego się nie bał, przed nikim nie uciekał. Był najrzydziurcem i powsinogą. Gdy był trochę starszy poszedł raz nad rzekę, złapał żabę i przyniósł ją w pysku. Jakżesz strasznie ta żaba piszczała. Nie do okiełznania! Nie dało się wytrzymać.

cdn.

21:00, xylonyt
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 lipca 2017
Mario's Pizzeria w Rowach

W miejscu dawnej restauracji Chłopska w Rowach jest teraz pizzeria Mario's lub jak kto woli >U Mario<. Trafiliśmy tam, gdyż bardzo chciało nam się pić. Zamówione półlitrowe piwo browaru Lech miało wprawdzie kosmiczną cenę, ale daliśmy temu przyzwolenie ze względu na wakacyjne szaleństwa. Zjedliśmy tam prawdziwą włoską capriciozę. Zamówiliśmy dużą, kucharz pokroił ją na osiem kawałków. Ledwo daliśmy radę.

Innym razem (mając już dobre zdanie o lokalu) zamówiliśmy sobie na obiad: schabowego z ziemniakami i surówką (dla mnie) i tagiatellę w czerwonym winie z krewetkami (dla Myszy). Bardzo smaczne, świeże, bo przygotowane tuż przed podaniem. Musieliśmy zresztą czekać dosyć długo na nasze potrawy. Rozumiemy to, bo Włosi nigdy nigdzie się nie śpieszą, a posiłek to ma być celebra dla żołądka i ducha, a nie wyścigi jakieś.

schabowy w Rowach tagiatella w Rowach

No i pożegnalne naleśniki w kolejny obiad. Mysz zamówiła z dorszem i szpinakiem, ja natomiast poprosiłem o kawałki kurczaka w sosie pieczarkowym. Wzięliśmy nie zasmażane i to był nasz błąd. Zasmażane na pewno byłyby chrupiące, a nasze takie miękkie. Mój farsz wyśmienity. Mysz też zadowolona. Do zamówionych naleśników porcja surówki z białej kapusty - świeża i smaczna.

naleśnik   naleśnik 

Lokal godny polecenia. Smacznego!.

10:28, xylonyt
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 lipca 2017
Rowy 2017

W tym roku nie w lipcu ale już w czerwcu zdecydowaliśmy z Myszą o wyjeździe nad morze. Padło na Rowy bo wyjazd do Łeby okazał się nieporozumieniem. Pisałem o tym w poprzednim poście. Wspólnie z nami pojechał Cezar. Rowy poza sezonem to maleńka mieścina, którą zamieszkuje kilkanaście osób. My przyjechaliśmy 11 czerwca. To taki prolog sezonu, przedbieg. Kolejne spacery tu i tam pozwoliły nam ustalić, że w przerażającej większości aktualni letnicy to emeryci ze swoimi wnukami. Tak, to chyba zrozumiałe, bo trwa jeszcze rok szkolny, więc nie ma młodzieży. Standardowo uważa się, że wakacje to lipiec i sierpień, więc i dorośli także nieobecni. Super. Wprawdzie  połowa punktów handlowych jeszcze nieotwarta, a dookoła prace budowlano montażowe, ale ma to też plus taki, że nigdzie nie ma tłoku, w lokalach puste stoliki i szczęśliwa obsługa, że wreszcie przyszedł klient. Plaże puste po horyzont. W czasie urlopu mieliśmy  długi weekend czerwcowy z Bożym Ciałem. Dopisała pogoda i na te cztery dni trochę ludzi dodatkowo dojechało. Delikatesy przy moście, gdzie kiedyś  ze Szczypiorkiem zrobiliśmy zakupy jeszcze nieczynne. Kilka okolicznych sklepów i sklepików również zamknięte. Dobrze zaopatrzony Dino - byliśmy w nim kilkakrotnie. Bułeczki cieplutkie,  chleb świeży,  dobre wędliny i niezły wybór warzyw i owoców. Ponadto różne produkty jak wszędzie. Ceny normalne. Promocje jak najbardziej.

Noclegi mieliśmy w wynajętym dwupoziomowym apartamencie(ciku) Opis pensjonatu: budynek murowany, piętrowy, ocieplony, zdaje się nowy, podzielony na dwie części: jedna o powierzchni 60m2, druga 40m2. Nam przypadła ta mniejsza. Na parterze  salon z telewizorem 32 całe, telewizja satelitarna nc plus, dwa stołeczki, stolik i kanapa. Duże okno z widokiem na południe na taras i trawnik. Mały aneks kuchenny z wyposażeniem: lodówka,  mikrofalówka,  kuchenka indukcyjna jednopalnikowa, czajnik elektryczny.  Szafki z  szufladami, a na nich blat kuchenny ze zlewozmywakiem. Do dyspozycji podstawowe naczynia, garnki i kubki, sztućce. Nieduża łazienka z natryskiem, na ścianie wielki bojler do podgrzewania wody do kąpieli i zmywania, sedes, lustro, półeczka na drobiazgi kosmetyczne, mop, żelazko Obok drzwi do łazienki pierwszy stopień kręconych drewnianych schodów na I piętro, gdzie są dwie sypialnie. Trochę  słaby rozkład, bo główna sypialnia  nieoddzielona od schodów. Obok dwuosobowego dużego łóżka spora dwudrzwiowa szafa i wieszak. W zamykanym pokoju z balkonem dwa jednoosobowe łóżka. Schody strome i trudne do poknania, stopnie wąskie różnych kształtów. Miałem cały czas pietra, szczególnie przy schodzeniu. Do dyspozycji leżaki plażowe, parawan, wielki koc. Na posesji za zamykaną bramą miejsce postoju dla dwóch  aut.

Ceny: czereśnie - 40zł za 1kg. Rurka z bitą śmietaną na promenadzie w Ustce - 3,50  zł za sztukę . 

Gastronomia.  Odwiedziliśmy trzy miejsca. Smażalnia Ryb "U Macieja", gdzie podano nam bardzo dobrego tatara z łososia, smażonego dorsza z frytkami i surówką oraz  śledzia po kaszubsku  w occie. Restauracja Chłopska, którą  aktualnie rządzi Włoch i lokal ma nazwę "Mario's Pizzeria". Tu zjedliśmy prawdziwą  pizzę capricioze, innym razem schabowego z ziemniakami i surówką (ja) i tagiatellę w czerwonym winie z krewetkami  (Mysz). Tamże jedliśmy również  naleśniki. Kawałki kurczaka w sosie pieczarkowym oraz dorsz ze szpinakiem. W Ustce odwiedziliśmy "Ustecką Syrenkę", którą przeobraziła Magda Gessler w Kuchennych Rewolucjach. Wcześniej był to lokal pt. Obiadki domowe. Zamówiliśmy tatara z łososia, dorsza zapiekanego z borowikami i gołąbka z dorsza. Wszystko bardzo smaczne. Ceny umiarkowane. Dodatki typu frytki, ziemniaki, surówką, piwo tworzą łącznie kwotę dodatkowego dania. Trochę nas to zaskoczyło.

Liczne spacery. Najdłuższy 18 km z Rowów do Poddąbia. Byliśmy też w Dębinie i poszliśmy w stronę Smołdzina.

Rowerem = kilka razy pojechałem tu i ówdzie. Łącznie kilometrów = 156,9. Zaliczone: Rowy, Ustka, Smołdzino, Poddąbie, Czołpino. Szczegóły w tabelce.

 

Archiwum