Nie ma szarości! Jest tylko białe i czarne!
środa, 24 września 2014
operacja Bałtyk 2014 - zestawienie

zestawienie Operacji Bałtyk 2014

przebieg Operacji Bałtyk 2014
Kiedy w środku zimy planuje się urlopy nikt nie jest w stanie wiedzieć, jaka pogoda będzie latem za pół roku. Zwykle wpisywałem się na przełom lipca i sierpnia. W tym roku wyszło jednak inaczej, a to za sprawą, że nie znalazłem się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Kiedy dotarła do mnie kartka z harmonogramem urlopowym wszystkie przyjazne mi terminy były zajęte. Cóż! Tak bywa! Pomyślałem sobie wówczas, że wezmę urlop od 07 lipca 2014. Fajna data, bo siedem dodać siedem równa się czternaście, a więc jakaś magia liczb już jest. Morze w lipcu szumi tak samo jak w sierpniu, a dzień lipcowy jest nawet dłuższy od sierpniowego – nic więc atrakcyjniejszego spotkać mnie nie może. Na sto dni przed planowanym początkiem Operacji Bałtyk 2014 uzyskałem informację od mojego ukochanego Syna, że oczywiście jak najbardziej pojedzie ze mną.  No to tylko teraz zaliczyć przygotowania i w drogę. Uszyłem pokrowiec, a właściwie płachtę, na rowery. Dokupiłem cztery dętki, a Szczypior posklejał kilka używanych (leżały w garażu od poprzedniej edycji Operacji). Oddałem małą butlę do napełnienia gazem propan - butan. Pajero posprzątane i umyte zamieniliśmy w mini - campera. Zasłonki, materace, spanie, demontaż zagłówków i podłokietników tylnego siedzenia. Sprawdzenie powietrza w oponach, płynów i poziomu oleju. W czasie tych prac zauważam niezbyt dużą plamę w garażu. Spoglądam pod auto w połowie odległości między kołem przednim a tylnym po lewej stronie i widzę jak coś sobie spokojniutko kapie. Próba organoleptyczna wykazuje, że wycieka płyn hamulcowy. Szybki telefon do serwisu pana Marka i udaje się wcisnąć Smoka na piątek rano. Stwarzam poczucie ważności i priorytetu mojego auta nad innymi, żeby rozpoczęta naprawa zakończyć się mogła na pewno w piątek. Pan Marek stwierdza, że to nie hamulce tylko paliwo – dla mnie nie to żadnego znaczenia, bo przecież nic nie może być niesprawne. Naprawa się ziszcza i za jej expresowy przebieg słono płacimy. Smok jest sprawny i według zapewnień serwisu powinien dojechać nad Bałtyk, a nawet wrócić!  Nadchodzi poniedziałkowy poranek 07-07-2014. Jest godzina 8:00. Po śniadaniu, na które zjadamy jajecznicę ze szczypiorem, wyjeżdżam Smokiem z garażu przed bramę Aligatorni. Dokładamy kołdry, poduszki, jaśki i nasze torby podróżne. Dziunia znosi nam zrobione kanapki. Zgodnie z tradycją robimy zdjęcie przy aucie na tle samochodu z przypiętymi rowerami. Zeruję licznik dzienny Smoka i w drogę. Na Łukoilu na Kilińskiego kupuję Smokowi paliwa za 250 złotych (tuż przed początkiem Operacji paliwa zdrożały, ale nie mając na to wpływu, nie przeżywam tego wcale). Szczypiorek pociąga w aucie e-papierosa, ale nie jęczę na niego – są wakacje i właśnie zaczęliśmy VI Edycję Operacji Bałtyk. Najważniejsze to dotrzeć do Strykowa, gdzie wjeżdża się na autostradę A2, by później odbić na A1 w kierunku północnym. Wymyślono, że A1 ma się nazywać autostradą bursztynową. Pan Prezydent chciałby by nazwać ją Aleją Solidarności. Nam jest to obojętne. Ważne jest, że do Pikutkowa dowieźli wystarczającą ilość smoły i piasku, otwierając dla ruchu pojazdów ostatni odcinek A1 koło Kowala. W ten sposób od maja 2014 cała A1 jest przejezdna. Myślałem wprawdzie, że będzie również gotowy odcinek między Strykowem a Głuchowem i do autostrady będę miał kilka kilometrów, ale niestety prace zostały przerwane i nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle komukolwiek uda się ją tam zbudować. W Strykowie wjeżdżamy na A2, a potem na A1. Śliczne słoneczko. Uchylone okna w aucie. Później okaże się, że Szczypiorkowi pięknie opali się prawa ręka (na taki ciemny brąz). Mijamy Kutno. Czuję lekkie szarpnięcie Smokiem. Potem następuje drugie, a zaraz po nim trzecie. Jedziemy dalej i dalej, a jakieś dziwne spowolnienia w pracy silnika zaczynają się nasilać. Po kolejnych 100 kilometrach, gdzieś za Toruniem, w czasie wyprzedzania tira, Smok traci całkowicie moc i jadę z nim przez kilka ładnych kilometrów. Za nami sznur wściekłych osobówek: trąbią, błyskają światłami i jadą z włączonym lewym migaczem. Smokiem przyspieszyć nie idzie więc zwalniam, żeby zjechać na prawy pas. Ledwo mi się to udaje. Obtrąbiony jadę grzecznie za ciężarówką, a czkawka Smoka powtarza się i nasila. W końcu silnik gaśnie. Zjeżdżam na pas awaryjny. Chechłam rozrusznikiem – silnik uruchamia się za trzecim – piątym razem. Jedziemy dalej, ale co chwilę miąchnięcie, znowu gaśnie silnik, znowu zapalam, znowu jedziemy. Mam pietra nieziemskiego. Zjeżdżamy na parking, czyli autostradowy MOP. Otwieram maskę, dzwonię do pana Marka, do kliniki diesla na Młynek. Szczypiorek odpowietrza przewody paliwowe na wtryskach. Ruszamy dalej. Niby dobrze, ale po kilkunastu kilometrach znowu nie ciągnie, w końcu pod górkę gaśnie, zjeżdżam na pas awaryjny, kręcę rozrusznikiem, zapala, ruszam, jedziemy, gaśnie, itd. Na obwodnicy Trójmiasta, w momencie gdy ponownie gaśnie nam silnik, a Smok się zatrzymuje na prawym pasie ruchu, rozpędzony tir z włączonym klaksonem przejeżdża obok nas tak blisko, że siedząca na lusterku mucha ginie z braku wolnej przestrzeni.  Postanawiam zjechać z trasy S6 i szukać ratunku w jakimś serwisie. Całkowicie w ciemno, prawie że po omacku, skręcam w prawo, potem w prawo i w lewo i dojeżdżam do serwisu Nissana (ul. Kartuska 387). Uśmiechnięty i bardzo nam przyjazny Właściciel Serwisu zarządza wśród swych pracowników natychmiastową pomoc. Ktoś specjalnie dla nas jedzie do hurtowni po filtr paliwa. Ja to wymyśliłem, że skoro silnik gaśnie, to nie dostaje paliwa, więc może jest zapchany filtr. Odjeżdżamy z filtrem, a na pobliskim parkingu dużego centrum handlowego, dokonujemy jego wymiany. Odpowietrzam układ paliwowy. Smok trochę kopci, ale potem pali, jakby był nowym samochodem, jak nowo narodzony. Już jestem happy. Do celu jakieś 80 kilosów. W Redzie na BP dolewam mu 20 litrów Diesla Ultimate, a w Pucku zatrzymujemy się w MC Drive na jakieś syntetyczne żarcie w Mac Donaldzie. W końcu o 17:30 lądujemy w bazie we Władysławowie. Po dziewięciu trudnych godzinach jesteśmy nad morzem . Drobne poprawki w lokalizacji, bo jakieś podchmielone wyrostki się kręcą dookoła, bierzemy ręczniki i płyn do kąpieli i dalej do wielkiej wanny na plażę w Chałupach. Po takiej podróży kąpiel i plażowanie jak najbardziej zalecane. Dzień pierwszy, wtorek 08 lipca 2014 roku. Pogoda żyleta. Rozkulbaczamy rowery i szykujemy się jechać do Helu. Głównie zależy nam na przeprowadzeniu zwiadu, czy tramwaj wodny z Jastarni do Gdyni to jeszcze kursuje, czy też już nie. Jeszcze przed wyjazdem na operację powziąłem info, że relacja ma być zlikwidowana, bo jest nierentowna, a budżety gminne Gdyni i Jastarni świecą pustkami. Dojeżdżamy do portu w Jastarni i okazuje się, że połączenia z Gdynią nie ma i nie będzie, bo - jak stwierdza zagadnięty Tubylec - statek „utonął”. Jedziemy dalej do Helu. Gdy dojeżdżamy do Polomarketu to wyłączam zapis trasy w navime i postępujemy zgodnie z tradycją: puszczam w Totalizatorze Keno z siedmiu, Szczypiorek kupuje zdrapkę, ochładzamy się w aptece, gdzie doskonale działa klimatyzacja, w markecie kupujemy drugie śniadanie, które konsumujemy w parku po przeciwnej stronie. Jak ma być zgodnie z tradycją, to oczywiście nie ma wygranej w Keno, a zdrapka też nie ta i łącznie 7 zł w plecy! Po posiłku jedziemy do portu w Helu. Tramwaj wodny obsługuje TLŻ, ale dzisiaj rejsu o 11:15 nie będzie, bo nie ma wystarczającej ilości pasażerów…. (jak nie urok, to szyny malują!). Objeżdżamy cały cypel i kierujemy się w drogę powrotną do Władysławowa. Po drodze planujemy plażowanie na jakiejś bezludnej plaży. Pierwsza próba dojechania do morza kończy się fiaskiem – dojeżdżamy do zasieków z drutu kolczastego, a jadąc wzdłuż nich napotykamy bramę, gdzie „Przepustki okazywać bez wezwania”, czyli ewidentnie natknęliśmy się na wojnę, która tam jeszcze trwa. Próbujemy odjechać z tego miejsca, ale po przebyciu kilku kilometrów najeżdżam tylnym kołem na bliżej niezidentyfikowany przedmiot i rozrywam oponę i dętkę (obie do wyrzucenia). Przystępujemy do naprawy. Szczypiorek zdejmuje oba koła. Opona z przodu trafi na tył, a tylna na przód. Między dziurę w oponie a nową dętkę wkładam wycięty kawałek plastikowego opakowania od mlecznego napoju truskawkowego. Wszystko trwa dobre pół godziny, a największą trudnością jest odkręcenie piętnastką śrub mocujących tylne koło. Ruszamy dalej i gdzieś pod Juratą przedostajemy się na plażę. Upał, prażące słońce i wielka wanna – czy zamarzyć o czymś piękniejszym? Obiadek jemy w Jastarni – schab po skandynawsku, frytki i bukiet surówek (nawet nie najgorsze!). W środę 09 lipca 2014 słoneczko wstaje bardzo wcześnie i od razu zaczyna mocno grzać. A samochodzie robi nam się bardzo gorąco. Wypełzam na powietrze i gotuję wodę na kawę. Po rozwiązaniu kilku krzyżówek budzę Szczypiorka. Ten wstaje bardzo zamulony, bo nie spał do czwartej rano – przeszkadzało mu moje mocne chrapanie. Jemy jakiegoś pancernika na śniadanie, skulbaczamy rowery i do Władysławowa. W sklepie rowerowym kupujemy nową szeroką oponę do mojego roweru, a do Szczypiorkowego gumy na kierownicę. Obok sklepu wymieniamy opony, uszkodzona ląduje w koszu, nowa na tył, a ta co była od wczoraj na tyle idzie na przód. Ruszamy do Karwieńskiego Błota przez Krokową. Po drodze drugie śniadanie w sklepie GS w Goszczynie. Plażowanie przez kilka godzin i oczywiście kąpiel w morzu – woda jakaś taka zimna. W drodze powrotnej do bazy przejeżdżamy całą ścieżkę rowerową zbudowaną na trasie zdemontowanej kolei Krokowa – Swarzewo (znana nam z poprzednich operacji). Jechało się nie najgorzej, choć w tą stronę mieliśmy dość ostry wiatr w oczy. Ścieżka zaczyna i kończy się w nicości. Sam pomysł jej zrobienia oceniam wysoko, ale nie prowadzi ona w kierunku północnym np. do morza, a w kierunku południowym nie łączy się z inną ścieżką rowerową, która biegnie wzdłuż Zatoki Puckiej. Do Swarzewa dojeżdża się asfaltem bardzo ruchliwej trasy na Hel. W Swarzewie z górki na pazurki rozpędzamy się do 43 km/h i ścieżką rowerową z kostki wzdłuż Zatoki dojeżdżamy do bazy we Władysławowie. Wieczorem obok nas staje camper na rejestracji GWE – bardzo skomplikowani ludzie! Przede wszystkim dlatego, że wraz z nimi przyjechało tuzin dzieci, które po prostu były wszędzie (co było bardzo upierdliwe) oraz pies, którego przywiązano z tyłu auta (całą noc szczekał, co było strasznie irytujące). Czwartek, 10 lipca 2014. Znowu gorąco. Jedziemy tylko do Chałup. Schodzimy na plażę. Woda w morzu lodowata, nie da się ustać wcale. Słońce pali jak oszalałe. Od strony morza silny wiatr przygania gęstą mgłę. Czegoś takiego jak żyję, nie widziałem! Na plaży gęsta mgła przesłania wszystko, a widzialność spada do kilkudziesięciu metrów. Tuż za wydmą słońce w ukropie. Plażujemy, a co tam. Około południa nudzi nam się w tym chłodzie, więc przechodzimy za wydmę i jedziemy rowerami do Kuźnic. Dojeżdżamy do stacji PKP, a nawet parę metrów dalej i siadamy na ławeczce przy torach kolejowych. Przypomina mi się epizod z moich młodzieńczych lat, kiedy to z Tatą w rejonie Żakowic (przechodząc przez wysoki nasyp kolejowy w stronę Piaskowej Góry) kładliśmy pieniążki na szynie. Przejeżdżał po nich pociąg towarowy i chwilę później szukaliśmy metalowych placuszków. Opowiadam to Szczypiorkowi, a on proponuje, by zabawić się w ten sposób. Pierwsza próba kończy się fiaskiem, bo po przejeździe pociągu nie możemy nic znaleźć – ślad po kasie zaginął. Przeprowadzamy próbę nr 2. Pełny sukces! Swoiste pamiątki znad morza wkładamy do portfeli. Na obiad przejeżdżamy do Władysławowa. Odkrywamy nowe miejsce, gdzie dobrze dają jeść. Zamawiamy kotlet schabowy, frytki i surówki, a na deser naleśnik z Nutellą. Kotlet schabowy ogromny, dużo frytek i bardzo smaczne surówki – najadamy się bardzo, a tu jeszcze wjeżdżają naleśniki – bomby kaloryczne. Nie ma że boli – zjadamy wszystko do końca i z wielkim wysiłkiem wychodzimy z piwnicznego miejsca konsumpcji. Po drodze do bazy jeszcze Lidl, gdzie kupujemy jakieś drobnostki na kolacje i piwo dla mnie na wieczór. Skulbaczamy się w bazie i idziemy na plażę (ca. 30m). 11 lipca 2014 po śniadaniu robimy zakupy w Biedronce (oprócz prowiantu również garnek z przykrywką) i przejeżdżamy nad Piaśnicę w okolice mostu drewnianego. Natychmiast po przyjeździe Szczypior bierze się za łowienie ryb. Pływa ich bardzo dużo. Dobry sprzęt i umiejętności wędkarza przynoszą efekty: w krótkim czasie mamy kilka okoni. Wokół nas kłębią się kajakarze i rzeszy turystów umówionych na spływ Piaśnicą do morza. Wnerwia to bardzo, bo nie ma spokoju na rzece i ryba się płoszy nieco. Na obiad gotuję klopsiki. Tym samym chrzest bojowy przechodzi zakupiony rano garnek. Popołudniem rozmawiam nieco z turystami z Niemiec (z okolic Frankfurtu nad Menem), którzy nie kryją wcale, że przyjechali obejrzeć utracone ziemie swoich przodków. Informuje ich o tym, że stoimy nad rzeką, która po I wojnie światowej była granicą polsko – niemiecką. Wiedzą o tym, ale chcą spytać o jakieś szczegóły , więc wyjmują mapę turystyczną polskiego wybrzeża [wydanie niemieckie] w sztywnej oprawie na grubych kartach. Zamieszczone na niej szczegóły zaskakują mnie. Czegoś takiego właśnie potrzebowałem kiedyś, gdy też szukałem śladów granicy polsko – niemieckiej w tym miejscu. Trochę rozmawiamy, ale zaczyna kropić deszcz, więc żegnamy się czyniąc sobie uprzejmości. Wieczorem załamanie pogody. Nic to jednak nie przeszkadza jednak jakiemuś lokalnemu marudzie przyjść do nas z piwem i opowiadać nam jakieś banialuki. Dziadek przyszedł z lokalnych zabudowań, ale nie mówił po kaszubsku. Całkiem składnie referował nam lokalne bezrobocie, kryzys gospodarczy, niskie podwyżki emerytur i krótki, bo trwający tylko dwa miesiące sezon. Jemy kolację. ¾ nocy pada deszcz. 12 lipca 2014 niestety nie budzi nas słoneczko, lecz łomot padających kropli deszczu. Pomimo to wypełzam na zewnątrz i wstawiam na gaz 10 jaj w garnku na twardo. Robimy sobie ze Szczypiorem poranną wyżerę. Jajeczka na twardo z majonezem i bułeczki z masłem. Pychotka. Sprzątamy wszystko i jedziemy nad „nasze” jeziorko w okolice miejscowości Żelazo. GPS z Nokii prowadzi nas dziwną drogą, Szczypiorek nawet nagrywa krótki film. Dojeżdżamy do Leśniczego, który sprawuje władzę w tym rejonie i pytamy o możliwość zatrzymania się nad jeziorkiem. Możemy się tam zatrzymać, ale pod warunkiem że nie rozpalimy ogniska. Obiecujemy że tak nie zrobimy i wyruszamy w dalszą drogę. Nad jeziorkiem żadnych zmian. Zielono, spokojnie, cicho. Siąpi kapuśniak, a później zaczyna lać. Szczypior nie daje za wygraną i na przekór brzydkiej pogodzie zaczyna łowić szczupaka. Ja też nie odpuszczam – udaje się na obchód jeziorka. W 2008 roku znalazłem tam obcęgi. Wracam z korkociągiem od wina [przy okazji odnoszę też do worka na śmieci pustą butelkę]. Na moment przestaje padać, więc gotuję obiadek. Leje znów. Ogarnia mnie wnerw pogodowy i po krótkiej naradzie postanawiamy przejechać do Jarosławca. Jeśli nawet będzie padać, to przynajmniej będziemy nad morzem. Odpalam maszynerię i jedziemy do kolejnego miejsca. Ochładza się, a ponieważ w Smoku są jeszcze od zimy rękawiczki, zakładam je. Włączam także ogrzewanie. Dojeżdżamy do Jarosławca. Stoi kilka camperów i aut z przyczepami. Przytulamy się do jednego z nich i zaraz schodzimy nad morze. Przestaje padać, a chmury nam nie straszne. 13 lipca 2014 do południa nadal pochmurno. Łażę trochę po plaży. Wysoka fala i silny wiatr. Lubię taki stan morza. Szczypior w bazie pleśnieje w łóżku i wysyła 25 smsów na minutę do swojej dziewczyny. Popołudniu decydujemy się pojechać rowerami do Wicia na bitą śmietanę i gofry. Robi się skwarnie i słonecznie. Nagła zmiana pogody bardzo mnie rozwesela. Spontanicznie jedziemy do Darłowa. Tu koło mostu siadamy do ryby z frytkami i surówką. Bardzo smaczna sola [duża porcja] i choć drogo wpłacimy, to warto było ją zamówić. Wracamy do bazy. Nad morzem piękny zachód słońca, więc jak zwykle robię masę zdjęć. Poniedziałek 14 lipca 2014 wita nas gęstymi chmurami. Potem trochę pada deszcz. Z campera stojącego obok nas przynoszą nam wielkiego złowionego przed chwilą leszcza. Odmawiamy przyjęcia, bo nie ma kto i jak go obrobić. Idziemy plażą do Wicia, a potem do Jarosławca. To jakieś 10 kilometrów po plaży. Przed Jarosławcem znajdujemy drobinki bursztynowe. Szczypiorek ogłasza alarm. Grzebiemy w piachu i wodorostach. Kilka małych cząstek udaje nam się znaleźć. Wieczorem zupki chińskie. Gotujemy cały czajnik wody. Każdy ma w miseczce po dwie zupki. Wrzątkiem zalewa je Szczypior. Gdy już wszystko gotowe do jedzenia, miska Szczypiorka przechyla się i cała zawartość ląduje na podszybiu, przy czym spora część makaronu wpada do nawiewu pod przednią szybę.  Zabawnie to wygląda, ale Szczypior zły jak osa gotuje drugi zestaw. Ósmy dzień Operacji jest piękny i słoneczny. Decydujemy jechać z Jarosławca do Rowów przez Ustkę. W stronę tam włączam zapis w navime. Obiad jemy w Rowach, a podwieczorek w Poddąbiu (słodkości w lodziarni Klaja – przekazujemy pozdrowienia dla pani Adrianny). W Ustce kupujemy prowiant na dalszą część operacji (kuferek wypełniony po brzegi ledwo idzie dopchnąć). W drodze powrotnej silny wiatr w oczy wzmaga zmęczenie, ale jedziemy naprzód do celu. Mamy nowy rekord dzienny wszystkich operacji – 105,45km. (także mój rekord życiowy). Łączny dzienny czas jazdy rowerem – prawie 6 godzin. 16 lipca 2014 świeci słoneczko i jest upalnie. Rano w przyjezdnym sklepie kupuję 6 jaj, które potem przygotuję po bałtycku na śniadanie. W czasie gdy gotują się jajka, ja popijam kawę i zauważam w lusterku jakiegoś obcego faceta – nie, to jestem ja! Nie rozpoznałem się, więc dochodzę do wniosku, że chyba czas się ogolić. Po wczorajszym szaleństwie dzisiaj plażujemy przez cały dzień i wielokrotnie korzystamy z „wielkiej wanny”. Na obiad fasolka po indiańsku. Kolejny dzień w Jarosławcu to 17 lipca 014 (czwartek). Po śniadaniu robimy trasę Jarosławiec – Darłowo – Dąbki. Takie małe 65 km. Obiadek w smażalni w Darłówku koło mostu (znowu smaczna sola z frytkami i surówkami). Wiatr w oczy w obie strony! Szczypior zły. 18-07-2014 plażowanie w skwarze. Szczypior troszkę chory. Łzawią mu oczy i boli głowa. Aspiryna C ma go postawić na nogi. Rowerami tylko do Jarca (puściłem Lotto i kupiliśmy brzoskwinie). Za Jarosławcem w stronę Ustki wojna trwa nadal i nic nie zapowiada, że będzie inaczej. Dojazd do morza jest niemożliwy – przepustki na ten teren wydaje Komenda Poligonu w Ustce. Próbujemy bezskutecznie znaleźć jakąś drogę, która nie będzie przegrodzona szlabanem i budką strażnika. W Górsku odpuszczamy sobie chęć zaliczenia tej części polskiego wybrzeża i pozostanie ona chyba na zawsze niezdobyta. Tamże spotykamy galowo ubranych młodych ludzi, którzy wędrują od posesji do posesji, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie: „Czy Bóg Cię kocha?” No już wszystkiego bym się tam spodziewał, ale nie ich! Obiadek w Jarosławcu, a potem plażowanie. Gdzieś obok nas jakieś niesforne i nieposłuchane dziecko chce za wszelką cenę korzystać z dobroci morza, ale słyszy od matki; „Nie wchodź nogami do wody!”. Zastanawiamy się długo nad filozoficznym znaczeniem tego polecenia i tworzymy różne scenariusze, co może dziecko zrobić po otrzymaniu takiego polecenia. 20 lipca 2014 roku jedziemy po prowiant do Darłowa. Dojeżdżamy do Wieprzy, gdzie po wschodniej stronie zrobiono na brzegu promenadę. Szczypior proponuje, by pojechać do bazy po wędki. Wzmaga się północno – wschodni wiatr. Do bazy jedzie się trudno, ale potem do Darłowa bez specjalnego pedałowania prędkość na liczniku 25kmh. Połowy udane: 2 leszcze, 1 szczupak i 2 okonie. Droga powrotna Darłowo – Jarosławiec staje się bardzo trudna. Wieje tak silny wiatr, że trzeba się mocno napedałować, żeby w ogóle przemieszczać się do przodu. Ciut lepiej jest od Wicia, bo jedziemy przez las. W bazie po przyjeździe robię gołąbki po pomorsku. 21 lipca 2014 od rana gęsta mgła od morza, choć mocno świeci słońce. Po zejściu na plażę straszny chłód, mgła skrapla się na ciele, do wody wejść się nie da, bo jest lodowata. To chyba efekt tego silnego wiatru z północnego wschodu – musiał przypchnąć zimne masy wody z północy. Koczujemy więc w bazie i po krótkiej przejażdżce rowerami do Jarca podejmujemy decyzję o zakończeniu operacji i o 17:00 wyruszamy do domu. Lądujemy trzy kwadranse po północy.
czwartek, 18 września 2014
boróweczka

borweczka_litle

Pierwsza własna sadzonka z roku 2013 miała w pierwszym sezonie kilka boróweczek. :)

piątek, 12 września 2014
jeden produkt - wiele możliwości

niezły pasztet

08:03, xylonyt
Link Komentarze (1) »
wtorek, 09 września 2014
Xylonyt w Rzeszowie

400

15:32, xylonyt
Link Komentarze (1) »
Archiwum