Nie ma szarości! Jest tylko białe i czarne!
Blog > Komentarze do wpisu
pożegnanie Baltusia część 1

Nie potrafię zebrać myśli, by zacząć konstruktywnie działać. Wszystko przez wczorajsze odejście Baltazara. Pożegnałem go na zawsze razem z Ewelinką. Dostał zatoru aorty, co polega na tym, że tylna część kota staje się bezwładna, nie dopływa tam krew, nie istnieje możliwość poruszania tylnymi łapami. Kot w takim stanie odczuwa niesamowity ból. W przypadku Baltusia doszło jeszcze do poważnego obrzęku płuc - tak ciężkiego, że nawet nie mógł miauczeć, miał wielkie kłopoty z oddychaniem, strasznie sapał, ślina leciała z pyszczka, a języczek wysunięty maksymalnie, żeby złapać jak najwięcej powietrza. Widok przerażający. Serce się kraje normalnie. Żal przeogromny. No i ta niemoc. Chciałoby się pomóc, ale w obliczu śmierci jesteśmy wszyscy bezradni. Pojechaliśmy do kliniki weterynaryjnej na Rzgowską, ale tylko po to by Go uśpić - poddać eutanazji. Cały zabieg po to, by się nie męczył. Baltuś miał krótkie życie. Urodził się 02 marca 2011 roku w Bydgoszczy. Przeżył 6 lat, 4 miesiące i 10 dni.

Zawsze był pogodny, wesoły i bardzo towarzyski. Czekał na mnie, gdy wracałem z pracy. Wprawdzie nie do końca chodziło o mnie lecz o porcję kociego przysmaku (pasta słodowa nazywana przez nas roboczo kiślem), ale i tak sprawiało mi to jego zachowanie wielką radość. Kot robił wielki pałąk ze swojego grzbietu, pomiaukiwał znacząco i prowadził w stronę szafki, gdzie leżały przysmaki. Wyciskałem całą zawartość saszetki do białego talerzyka i stawiałem przed Nim. Od razu zaczynał konsumpcję. Po wylizaniu schrupał jeszcze parę chrupek i dostojnie przechodził do łazienki. Przed remontem - gdy była tam wanna, wskakiwał na jej róg i czekał aż odkręci mu się wodę z baterii umywalkowej. Wspinał się na brzeg umywalki przednimi łapami i chlipał wodę, aż się napił do syta. Po remoncie wskakiwał na szafkę z zainstalowaną umywalką, przechodził za umywalkę i czekał aż mu odkręciłem słabiutko wodę. Zaczynał tak prześmiesznie machać tym swoim jęzorkiem aż się napił w końcu. Zeskakiwał i szedł do pokoju na swój fotel lub do sypialni, żeby położyć się na łóżku. Gdy siadaliśmy wieczorem przed telewizorem przychodził do nas i kładł się na kanapie.

Na weekendy jeździliśmy do naszego lasu. Baltuś był zawsze pierwszy. No może parę razy chciał się zakamuflować, żeby nie jechać. To znaczy być w lesie jak najbardziej, ale jechać to nie. Trzeba Go było szukać i wyciągać z kryjówek. Na wsi po porannej przechadzce i obfitym śniadaniu zapadał w głęboki sen. Zwykle około 17:00 słychać było miarowe uderzanie łapek o stopnie schodów. To właśnie Baltazar rozpoczynał wieczorną egzystencję. Zjadł i wychodził na dwór. W porze jesiennej i wiosennej, kiedy to jeszcze nie jest tak bardzo ciepło, trzeba było Go wypuszczać przez drzwi balkonowe. Latem wychodził przez drzwi główne, rozchylając głową moskitierę. Szedł w rejon paleniska od wędzarni, siadał na skarpie i obserwował terytorium. Mógł tak spędzać długie kwadranse. Chodził też pod swoją tuję. Kładł się tam i drzemał. Kiedy już był czas powrotu otwierałem okno balkonowe, wołałem kici-kici i gwizdałem w charakterystyczny sposób. Rzadko, ale czasami wracał sam. Niejednokrotnie nie od razu tylko po jakimś czasie. Gdy go jednak nie było brałem latarkę ledową i wyruszałem do lasu szukać kota. W silnym snopie światła pojawiał się - do tak namierzonego mogłem spokojnie podejść i wziąć Go na ręce. Namierzony nie uciekał - wiedział, że czas wracać. Przytulał się. Wbijał przednie łapy w moje plecy za obojczykiem. Zaczynał mruczeć. Wracaliśmy razem do domu, zamykałem drzwi na zamek i szliśmy spać. Nocą spał w moich nogach - musiałem uważać, gdy chciałem się wyciągnąć, żeby Go nie zrzucić z łóżka. Często, gdy budziłem się rano, miły puch jego sierści miałem obok policzka. To było bardzo przyjemne. Zawsze, kiedy Go pogłaskałem w tych okolicznościach zaczynał mruczeć. Leżeliśmy tak sobie dopóki któryś z nas nie wstał pierwszy. Teraz, gdy spojrzę na latarkę jest mi bardzo smutno, rzecz nie potrzebna już do niczego. Nieprzydatna.

Podobnie jest z telefonami - na wszystkich wyświetlaczach fotka Baltusia. Te jego miodowo złote oczy patrzą na mnie takim wesołym ciepłym spojrzeniem, ale wiem że to już minęło. Nie ma Go. Nie przytulimy się. Wąsami też mnie nie pomyzia. Włączam komputer, a na pulpicie rozciągnięty Baltazar. Włączam Facebook i mam awatar z pyszczka Baltusia i zdjęcie w tle Baltuś. Liczne hasła do wielu aplikacji zaczynają się słowem Baltazar. Tak bardzo kochałem tego kota. Od pierwszego dnia. Był taki malutki. Dostałem Go w prezencie od żony na 23 rocznicę ślubu. Miał niecałe dwa miesiące. Mieścił się na mojej dłoni. Popiskiwał w tęsknocie za swoją kocią mamą. Choć był tak mały to niczego się nie bał, przed nikim nie uciekał. Był najrzydziurcem i powsinogą. Gdy był trochę starszy poszedł raz nad rzekę, złapał żabę i przyniósł ją w pysku. Jakżesz strasznie ta żaba piszczała. Nie do okiełznania! Nie dało się wytrzymać.

cdn.

czwartek, 13 lipca 2017, xylonyt

Polecane wpisy

  • Rowy 2017

    W tym roku nie w lipcu ale jużw czerwcu zdecydowaliśmy z Myszą o wyjeździe nad morze. Padło na Rowy bo wyjazd do Łeby okazał się nieporozumieniem. Pisałem o tym

  • Łeba 2017 - nie jedźcie tam!

    Coś mi padło na czaszkę! W ubiegłym roku, we wrześniu jeszcze zarezerwowałem pokój z klimatyzacją o podwyższonym komforcie w Łebie. Zaraz potem obiekt pobrał za

  • Łączy nas noc

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: